Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego 2026

Dziś Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego. Po porządnym śniadaniu i porannej kawie, zrobiłam ostatnią wizualną rewizję składu książki, która niebawem zostanie wysłana do drukarni. Spojrzałam na swoją pracę, na wszystkie współprace, na twórczość i westchnęłam.

W czwartej klasie podstawówki wypracowanie na zaliczenie języka polskiego napisała mi mama, bo moje własne zostało odrzucone ze względu na brak poprawności stylistycznej oraz brak zachowanej formy opowiadania. Pamiętam tylko, że było o księżniczce i księciu oraz że to była jedyna księżniczka, która wystąpiła w moich marzeniach i jakkolwiek ujętej twórczości.

W szóstej klasie pojawiły się rozprawki i z tym też nie dawałam sobie rady, ale wtedy miałam Polonistkę przez duże „p” i ona nie oddała mi kartki pokreślonej na czerwono z komentarzem, że to trzeba napisać jeszcze raz. Pani Polonistka zatrzymała mnie na piętnaście minut po lekcji i wytłumaczyła, co powinnam poprawić. Po prostu: po przeczytaniu mojej pracy od razu rozpoznała obszary, z którymi sobie nie radzę i postanowiła mi pomóc. Pani Bożena Pruczkowska – jej zaangażowanie oraz te piętnaście minut po lekcji sprawiło, że nie tylko zaczęłam lepiej pisać rozprawki. Ja zaczęłam pisać W OGÓLE, a niewiele lat później publikować w Internecie.

W liceum natomiast poległam, bo o ile moje wirtualne pamiętniki oraz blog były bardzo poczytne i wszyscy się zachwycali sznytem pisarskim, o tyle z moim logicznym i ścisłym umysłem nie potrafiłam się wpasować w klucz opracowany przez autorów zadań maturalnych. Polonistka z liceum nie lubiła mnie, a ja nie lubiłam jej, więc nie wchodziłyśmy sobie w drogę: ona mi bez komentarza wstawiała trójki za próbne matury, a ja dalej po swojemu pisałam w Internecie. Matura oczywiście też była na trzy, żeby nie było, że byłam niesprawiedliwie oceniana. Oceny były sprawiedliwe. Traktowanie – nie.

Jednak od matury minie zaraz siedemnaście lat, od piętnastominutowych korepetycji niemal dwadzieścia pięć. Matura mi się do niczego życiowo nie przydała, ale za to wciąż piszę, a co więcej – pracuję ze słowem, moje nazwisko pojawia się w stopkach redakcyjnych coraz to nowych pozycji wydawniczych. Do tego działam na emigracji, a to jeszcze bardziej mnie uskrzydla – z dala od przysłowiowego domu, gdzie w sklepie, w urzędzie, na ulicy nie usłyszysz swojego języka ojczystego, czuwam nad tym, by książki wydawane przez emigrantów reprezentowały nie tylko piękne treści oraz twórczość ich autorów, ale także wykazywały się poprawną, piękną polszczyzną. Współtworzę emigracyjny portal publicystyczno-kulturalny. Od pierwszego wydania pracuję w wydawnictwie polonijnego kwartalnika wydawanego w stolicy Irlandii. Współpracuję z obcokrajowcami, którzy studiowali kiedyś w Polsce. Za nieco ponad miesiąc nastąpi premiera książki napisanej po polsku, której jestem współautorką i której wykonałam skład. Redaktorka nanosiła mi tylko poprawki wygładzające, nie musiała pisać moich tekstów od nowa.

Patrzę na tę drogę i z uśmiechem biorę łyk kawy, wciskając kolejne klawisze na komputerowej klawiaturze. Zawsze podziwiałam osoby, które dochodziły do mistrzostwa w jakiejś dziedzinie. Fascynującym był dla mnie fakt, że mimo prób i niepowodzeń, ten ktoś się nie poddał, dążył do celu mimo przeszkód. Dzisiaj, będąc tu i teraz, mogę zrozumieć, jak to działa. To wychodzi organicznie i wskutek skupienia się na celu, nie na porażkach. Zapisując się na kurs korektorski, zupełnie nie zastanawiałam się nad trójką z polskiego na maturze – chciałam pogłębić znajomość zasad, żeby jeszcze lepiej pisać. Zapisując się na kurs grafiki DTP, zupełnie nie myślałam o tym, że program do pracy może być za trudny – chciałam spróbować czegoś nowego i znaleźć pole do rozwinięcia swojej działalności. Pisząc moje felietony nie skupiałam się na tym, że kiedyś zapisanie strony w zeszycie A5 przychodziło mi z trudnością – pisałam, bo lubię to robić, a czytelnicy lubią czytać moje teksty.

Nie analizując przeszłości, zwyczajnie w pewien wrześniowy wieczór usiadłam do nauki i nauczyłam się korekty (chociaż uczę się wciąż, bo język ewoluuje), nauczyłam się programu do składu (i uczę się nadal, bo wchodzą aktualizacje oraz nowe rynkowe możliwości), napisałam kilkadziesiąt felietonów pod swoim nazwiskiem (i piszę nadal, chociaż wskutek intensywnych prac nad książką chwilowo mam przestój). A to wszystko tylko potwierdza, że wybrałam właściwą drogę. Tutaj nie towarzyszy mi syndrom oszusta, bo wiem, że to, co robię, robię dobrze, a potwierdzają to wyśmienite opinie moich Klientów. Wewnętrzny perfekcjonista czasami tylko zrzędzi za plecami, ale i jego można spacyfikować, kiedy czyta się opinie czytelników treści, nad którymi się pracowało.

Dziękuję Wam wszystkim i każdemu z osobna: Klientkom i Klientom, Koleżankom i Kolegom z portalu, Współpracowniczkom i Współpracownikom z Redakcji, Redaktorce mojej (współautorskiej) książki. To dzięki Wam tegoroczny Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego jest wyjątkowy – jeszcze rok temu nic z powyższych rzeczy się nie działo, jeszcze rok temu „tylko pisałam felietony”. A dzisiaj jesteśmy po premierze drugiego numeru czasopisma i przed premierą książki. Przecież to jest piękne!

Dziękuję za wszystko i proszę o więcej.

Dobrego dnia!

Dodaj komentarz