Nie wytykam błędów, czyli o sztuce poprawiania tekstów

Praca nad tekstem to dla mnie przede wszystkim przywilej i wyróżnienie. Sama regularnie piszę teksty i wiem, jak ważne są one dla mnie. Pracuję też nad książką i sen z powiek spędza mi obawa, czy znajdę osobę, która będzie potrafiła wczuć się w to, co miałam na myśli i przeprowadzić korektę mojej pracy w taki sposób, abym po całym procesie nie zrezygnowała z publikacji.

Na słowo „korekta”, pierwszym skojarzeniem jest oczywiście tekst z poprawionymi na czerwono błędami ortograficznymi oraz dziesiątkami podkreśleń nieprawidłowych sformułowań stylistycznych i składniowych. Jest to zarazem prawda i nieprawda. W obecnej dobie urządzeń elektronicznych i automatycznej autokorekty, popełnić błąd ortograficzny jest bardzo trudno. Sporo jest jednak pracy niewidocznej gołym okiem, czyli m. in. czyszczenie białych znaków czy poprawa szeroko pojętej interpunkcji. Korektor, który często bywa także redaktorem, to druga para oczu, która znajduje w tekście to, czego autor nie zauważa z prostej przyczyny: mózg autora dokładnie wie, co miało być w danym fragmencie zapisane i tak też to odczytuje. Mózg osoby, która nie zna tekstu, przeczyta dokładnie to, co jest napisane. Właśnie wtedy znajduje się sens (lub też jego brak) w wypowiedzi, wszelkie pomyłki stylistyczne oraz na przykład kalki językowe. Praca korektora przenika się z pracą redaktora i na odwrót. Tych obu zajęć nie można wykluczyć, surowo wyodrębnić.

Jeśli dostaję do korekty tekst, z ogromną wrażliwością podchodzę do pracy. Przede wszystkim nie zmieniam „z dobrego na dobre”, bo jeśli coś jest dobre – nie ma powodu, aby to zmieniać. Ponadto, często zastanawiam się, czy chęć poprawy czegoś to tylko moje subiektywne odczucie, czy jednak rzeczywiście dany fragment wymaga zmiany. A kiedy już muszę nanieść uwagę do tekstu, piszę obszerny komentarz wyjaśniający. Zasada jest jedna: zawsze gram z autorem do jednej bramki i zawsze dążymy razem do tego samego celu: lepszego tekstu. Ale jednocześnie to autor ma zdanie ostateczne i jeśli moje sugestie nie zostają zaakceptowane, pozostaje mi tylko uszanować decyzję zleceniodawcy.

Jeśli zaś o te komentarze do tekstu chodzi, czasami słyszę, że mimo ostrożności z mojej strony, one całkowicie rujnują wizję autora na dany tekst i wywracają wszystko do góry nogami. Ktoś, kto pisze, ma jasną wizję tego, co i po co tworzy, jaki ma być tego ostateczny kształt oraz jak ma to zostać odebrane przez czytelnika. I wtedy, cała na biało, wchodzi redaktor/korektor Natalia i stwierdza, że… (śmiech) czasami jest czegoś za mało, a czasami za dużo. Albo czegoś nie ma wcale lub ubranie głównej bohaterki (lub co gorsza jej imię!) zmienia się nagle, niespodziewanie i bez uzasadnienia. A potem autor musi przez kilka godzin myśleć, jak stworzyć ten brakujący akapit albo przerobić scenę tak, by miała odbicie w rzeczywistości. Moi klienci za tę właśnie skrupulatność i czepianie się wściekają się na mnie, a jednocześnie bardzo to w mojej pracy cenią.
Oczywiście, są różne teksty i różne współprace. Od samego początku mojej działalności wykonuję zlecenia dla autorki felietonów i wpisów blogowych. Znamy się prywatnie i czasami żartuję, że się czepiam i znęcam nad nią. Na co ona stwierdza, że mnie za to zabije, ale potem ożywi, abym dalej robiła to, co robię, bo robię to dobrze.

Są także zlecenia, które wymagają bardzo konkretnego podejścia, ponieważ do korekty otrzymuję pisma urzędowe – to zaskakujące, jak wielu Polaków żyjących za granicą prosi o sprawdzenie dokumentów pod względem poprawności językowej. Cieszę się, kiedy widzę, że komuś zależy na poprawnej polszczyźnie i nie jest to kolejny znajomy korektor. Wielkim odkryciem było dla mnie, jak wielu obcokrajowców studiowało w Polsce i w dalszym ciągu, na różnych płaszczyznach, utrzymują kontakty z naszym krajem. Posługują się biegłą polszczyzną w mowie, jednak słowo pisane stanowi dla nich wyzwanie i to ta grupa popełnia najwięcej wpadek ortograficznych. Jako ciekawostkę dodam, że ostatnia korekta jaką wykonałam, była zlecona przez Brazylijczyka, który wskutek zalania domu stracił wszystkie dokumenty i potrzebował kopię dyplomu ukończenia jednej z krakowskich szkół wyższych. Napisał tekst bezbłędnie, ja go tylko sprawdziłam i odpowiednio sformatowałam.

Wspaniale pracuje mi się także z przedsiębiorcami. To ludzie, którym najbardziej zależy na tym, aby jasno i czytelnie przedstawić ofertę potencjalnemu klientowi. Tam nie ma miejsca na niedomówienia, wszystko musi być przejrzyste. W dużej mierze pracuję z osobami prowadzącymi swoje firmy w Irlandii i Wielkiej Brytanii. Pomagam im unikać wcześniej już wspomnianych kalk językowych, które odnoszą się nie tylko do pojedynczych słów, ale do całych utartych zwrotów. W języku polskim bowiem nie „robimy nikomu dnia”.

A nadrzędną zasadą w mojej pracy jest poufność. Powierzane mi teksty przechowuję w bezpiecznym miejscu bez ryzyka utraty ani wycieku danych. Nie ujawniam też nazwisk osób ani nazw firm, z którymi współpracuję. Mogę tylko wspomnieć, że okazyjnie wykonuję korekty niektórych tekstów dla portalu Emigraniada.com, w którym należę do ścisłej grupy redakcyjnej. Nie pracuję nad książkami ani innymi publikacjami posiadającymi stopkę redakcyjną, więc moje nazwisko i wykonana praca pozostają w cieniu. I o to chodzi – korektor jest po to, aby to Twój tekst błyszczał wśród innych, zwykłych, niczym niewyróżniających się!

Dodaj komentarz